sobota, 1 czerwca 2013

Leniwie na Fidżi


FIDŻI

W podróży: 51 dni, strefa czasowa: +10h

Na Fidżi lądujemy w stolicy Nadi, na wyspie Viti Levu i znów witają nas na lotnisku śpiewem i graniem na gitarze. Nasz pobyt zaczynamy od zmiany planów. Zamiast 4 dni, postanawiamy przebukować nasz lot na Samoa i zostać tu dwa dni dłużej. Zła decyzja. To znaczy decyzja sama w sobie dobra ale nie do końca wykorzystujemy nadprogramowy czas.

Na Fidżi wszędzie witają nas śpiewem a czasem i tańcem; South Sea Island; Fidżi

Na Fidżi wszyscy są na tzw. czasie Fidżi ('on Fiji time'). Znaczy to mniej więcej tyle, że nikt tu się nie spieszy, nic nie chodzi według rozkładu, na wszystko trzeba czekać w nieskończoność a informacje przekazywane przez np. obsługę hotelu są dalekie od rzeczywistości.. I właśnie moje wrażenia z Fidżi są takie, że my non stop na coś czekałyśmy - na pana w recepcji by nam pomógł jakoś zorganizować pobyt (udało się po 2 godzinach coś ustalić), na prom, który miał nas zabrać na wyspę (tu nam się zeszło ze 3 godziny), na kolację która miała się zacząć o 18 a o 19 jeszcze jej ni widu ni słychu, na samolot na Samoa, który wyleciał z godzinnym opóźnieniem... Bardzo by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że czekać musiałyśmy w mało interesujących miejscach. 

'On Fiji time' czyli błogie nic nierobienie; Fidżi


Fidżi ma ponad 300 wysp, niektóre z nich to prawdziwe raje. Niestety żeby się na nie dostać trzeba czasu, dużo czasu. Najlepiej tu przyjechać na co najmniej 2-3 tygodnie... albo znaleźć kogoś, kto dobrze zorganizuje pobyt. My niestety zwlekałyśmy z organizacją za długo i nie byłyśmy w stanie zrobić tego, co bardzo chciałyśmy. Rzeczą, której najbardziej żałuję to nurkowanie z rekinami! (może uda się na wyspach Cooka to nadrobić).

Wyspa Monuriki wystąpiła w filmie 'Cast Away'; Fidżi


Ale też nie było tak zle. Oprócz wylegiwania się na plaży w nieskończoność (co dobrze nam zrobiło bo złapałyśmy oddech przed dalszą podróżą), pływania w prawie 30 stopniowej lazurowej wodzie z widocznością do 10m!!!, udało nam się zwiedzić wyspę Monuriki, gdzie kręcony był film z Tomem Hanksem 'Cast Aaway', zobaczyć wyspę z filmu 'Błękitna Laguna', na której teraz wzdłuż plaży stoją bungalowy, oraz udać się do typowej wioski na wyspie Yanuya, gdzie na stałe mieszka ok. 600 osób. W wiosce wzięłyśmy udział w powitalnej ceremonii, na której miałyśmy okazję ponownie spróbować Kavy – tradycyjnego napoju na Pacyfiku, o którym pisałam w poprzednim poście.

Klaustrofobiczna wyspa South Sea, na której spędziłyśmy noc; Fidżi

Jedną noc spędziłyśmy na malutkiej, klaustrofobicznej wyspie South Sea, która miała ze 100m długości i 60m szerokości. Potrzeba było maksymalnie 10 minut by ją całą obejść.

Poznałyśmy też wiele lokalnych piosenek, bo gdzie się nie udałyśmy to witali nas śpiewem i zawsze tymi samymi melodiami. Wygląda na to, że mieszkańcy Fidżi są bardzo muzykalni. Szczególnie zapadła nam w pamięci pieśń powitalna, która w tekście miała powtarzany nieskończenie wiele razy wyraz 'Bula' co oznacza 'Witaj/Witajcie'.

W wiosce Yanuka bierzemy udział w ceremonii powitalnej i ponownie próbujemy Kavy; Yanuka; Fidżi




niedziela, 26 maja 2013

Witaj przygodo!

W podróży: 46 dni, strefa czasowa: +9h

Iwona nas opuściła i wróciła do Polski, zostałyśmy same z Kasią. Od tej pory już tylko we dwie ruszamy na podbój Pacyfiku.

VANUATU

Na Vanuatu czekają nas same przygody i dużo emocji. Zaczyna się już na lotnisku w Sydney, z którego wylatujemy z opóźnieniem, bo w naszym samolocie linii Air Vanuatu muszą zmienić oponę... Po drodze gubimy godzinę, bo wpadamy w kolejną strefę czasową. W Port Vila na wyspie Efate witają nas lokalni, grając na gitarach i śpiewając vanuatańskie piosenki. Ludzie tu są super przyjaźni, zagadują, machają do nas z dystansu, dużo się uśmiechają. Przez cały pobyt na Vanuatu nie mamy zasięgu, na szczęście internet jest łatwo dostępny więc jakiś kontakt ze światem jest.

Matevulu Blue Hole zwiedzamy na kajakach; Espiritu Santo, Vanuatu

Następnego dnia ruszamy na wycieczkę obejrzeć czynny wulkan Yasur na wyspie Tanna. By się tam dostać Kasia zarezerwowała nam lot czarterem: 6-osobowym samolotem, Cessną 207. Nie powiem żebym była zachwycona, mój stan określiłabym raczej jako: nieźle spanikowana. Ale teraz za późno by coś z tym można było zrobić więc nie mam innego wyjścia jak lecieć. Przed wejściem na pokład dokładnie warzą nas i nasze bagaże. Można używać telefonów komórkowych i nie ma żadnej kontroli. Lot jest spokojny i właściwie w ogóle się nie boję. Bardziej chce mi się śmiać, to chyba z nerwów. Widoki z góry zapierają dech w piersiach.


Cessna 207 - nasz transport na Tannę; Vanuatu

Na wulkan dowożą nas jeepami, potem jest krótkie podejście i stajemy na skraju krateru. I nagle ziemia się nam trzęsie pod nogami, słychać olbrzymi huk, w górę unoszą się kłęby dymu, czerwona lawa wstrzeliwuje do góry – wulkan wybucha. Za chwilę ponowny wybuch, jeszcze głośniejszy, jeszcze więcej lawy i dymu strzela do góry. Widzę, że Kasia zbladła, ja zaczynam się śmiać i przypominam jej, że przed podróżą podpisywałyśmy papierek, że zwiedzamy na własną odpowiedzialność i zdajemy sobie sprawę, że naszemu życiu zagraża jakieś niebezpieczeństwo. Kasia odpowiada, że nie czytała co podpisywała... Wybuchów jest kilka podczas naszego pobytu na górze, jedne mniejsze, jedne większe, nigdy nie mamy pewności czy wybuch będzie dla nas bezpieczny czy nie. 

Czynny wulkan Yasur i jedyna na świecie skrzynka pocztowa na wulkanie; Tanna, Vanuatu

Na kolejnej wyspie, Espiritu Santo, zwiedzamy jaskinię Millenium. Ruszamy tam z dwoma przewodnikami i za bardzo nie wiemy czego się spodziewać. Opis wycieczki był bardzo krótki i skąpy w jakiekolwiek informacje. Najpierw godzinne podejście przez tropikalny las. Droga to błoto po kostki, po 10 min mamy całe nogi i buty brudne. Widzimy, że nasi przewodnicy idą na boso. Jest duszno, latają komary, ciężko się idzie. Przed zejściem do wejścia do jaskini ubierają nas w kapoki (za bardzo nie wiemy czemu), malują nam twarze w dziwne wzorki, zabierają wszystkie rzeczy (by się nie zmoczyły) i ruszamy w dół. Jest drabinka ledwo trzymająca się, są gdzieniegdzie łańcuchy, jest ślisko - nogi mamy w błocie, sandały też, jeden fałszywy krok i lądujemy w jakiejś dziurze. Wreszcie stajemy przed wejściem do jaskini. Nikogo nie ma, nic tu nie ma, jaskinia nie jest przystosowana do jakiegokolwiek jej zwiedzania, po prostu będziemy nią szli tak, jakbyśmy właśnie ją odkryli. W środku ciemno, nad głowami latają nietoperze. Dają nam latarki, idziemy. Czasem woda sięga nam po pas, czasem trzeba trochę się powspinać po kamieniach lub zjechać po nich jak na zjeżdżalni, większość czasu brodzimy w wodzie po łydki. Jest cicho, ciemno, trochę przerażająco. Droga wymaga koncentracji, wysiłku i sporej sprawności fizycznej. Gdzieś tak w połowie natrafiamy na wodospad. 

Przed wejściem do jaskini Millenium, na twarzach malują nam wzorki, dają latarki i kapoki; Espiritu Santo, Vanuatu


Po ok. pół godzinie wychodzimy po drugiej stronie. Widok bajkowy, wszystko zielone, skały obrośnięte zielonym mchem, obok kolejny mały wodospad. Jemy lunch i odpoczywamy. Czujemy się zmęczone i niechętnie myślimy o drodze powrotnej w błocie i duchocie. Okazuje się jednak, że to nie koniec atrakcji i w błocie wcale wracać nie będziemy tylko... spłyniemy z nurtem rzeki. I właśnie po to nam te kapoki. Przewodnik mówi, że jest 6 głębokich miejsc, tzw. basenów, pomiędzy nimi znów musimy się trochę powspinać po kamieniach, poskakać po skałach. I mimo że pływam całkiem dobrze cieszę się, że dali nam te kapoki, pozwala mi to na odpoczynek bo daję się ponieść rzece i nie martwic by się utrzymać na powierzchni. Rzeka płynie malowniczym, pięknym, dość głębokim ale wąziutkim (ok.4m) wąwozem, obrośniętym roślinami. Słychać śpiew ptaków, na ścianach dostrzegamy gdzieniegdzie pająki. Oprócz nas nie ma nikogo. To chyba najpiękniejsze miejsce na ziemi jakie widziałam!! 

Po drugiej stronie jaskini jemy lunch a widok zapiera dech w piersiach; Espiritu Santo, Vanuatu

Noc spędzamy na malutkiej Oyster Island (Wyspa Ostrygi). By się tm dostać trzeba uderzyć 3 razy patykiem w rury zawieszone n drzewie. Po ok. 2 min przypływa po nas mały prom i nas zabiera. Bierzemy bungalow na samej plaży i rozkoszujemy się ciszą i spokojem.

Nasz bungalow na Oyster Island; Espiritu Santo, Vanuatu
Na Santo postanawiamy też posnurklować w miejscu o nazwie Million Dollar Point. Nazwa pochodzi stąd, że podczas drugiej wojny światowej stacjonowała tu duża liczba wojsk amerykańskich, gotowych by ruszyć na Pacyfik. Po wojnie, zaproponowali oni, że chętnie oddadzą część sprzętu wojskowego rządowi Vanuatu ale nie dostali żadnej odpowiedzi. Postanowili więc zatopić większość sprzętu w morzu. Snurklując widzimy niesamowite rzeczy: jest wrak statku, jest czołg, jeep, są działa, armaty, jakieś koła od innych pojazdów, dużo wszelakiego żelastwa, które ciężko zidentyfikować. Pomiędzy tymi rzeczami pływają kolorowe rybki, na niektórych rzeczach rośnie rafa koralowa. Coś niesamowitego!



Na lotnisku w Luganville czekamy na nasz lot; Espiritu Santo, Vanuatu
Czas wracać z Espiritu Santo na Efate. Droga powrotna przebiega nam w dużym stresie. Na lotnisku odprawiamy się bez problemu ale kłopoty pojawiają się przy boardingu. Pan wyczytuje ludzi z listy losowo i wpuszcza do samolotu tylko ok. 20 osób. Potem zamyka bramkę i mówi: next flight (następny lot). Co jest grane? Okazuję się, że samolot ma usterkę techniczną, jakiś problem z silnikiem i naraz nie może zabrać więcej niż 23 osoby... I tak będzie latał w tę i z powrotem między Efate i Santo aż przewiezie wszystkich. Jedna rundka zajmuje mu ok. 2 godziny. Serce mi staje - linia lotnicza trzeciego świata, samolot ma problem z silnikiem, zamiast naprawić lata bo nie ma innego zastępczego samolotu, zastanawiam się kto i na jakiej podstawie wyliczył te 23 osoby – czy przeżyjemy ten lot? Ale nie mamy za bardzo wyjścia, trzeba się stąd wydostać.

Jest duże zamieszanie, ludzie krzyczą jeden przez drugiego, za bardzo nie wiadomo jak listy na kolejne loty są tworzone. Myślę czy nie dać komuś w łapę by załapać się na drugi lot ale za bardzo nie wiem komu i jak to zrobić... Z Kasią trafiamy dopiero do trzeciej grupy, co oznacza, że w Port Vila na Efate lądujemy z 6-godzinnym opóźnieniem. Emocje są duże, stres też. Ale dolatujemy cało. 

Nasz feralny samolot z nie do końca działającym silnikiem; Lotnisko Luganville, Espiritu Santo, Vanuatu

Niestety to nie koniec przygód na Vanuatu. Następnego dnia wypożyczamy z Kasia quada, by przejechać się po wyspie. Dzień przebiega nam spokojnie, odwiedzamy plaże, pływamy, lunch jemy w jednym z nadmorskich kurortów, gdzie jesteśmy świadkami przyjazdu świeżo upieczonej pary młodych na wesele. O zmierzchu wracamy do domu. Kasia prowadzi. Jedziemy drogą boczną przez jakieś wioski, mijamy lokalnych ludzi idących poboczem. Nagle psy zaczynają nas gonić i szczekać, Kasia dodaje gazu i gubimy je. Chyba się trochę tym zestresowała bo nagle ni stąd ni zowąd skręca w prawo z drogi i jedzie w krzaki. I zamiast się zatrzymać jedzie dalej i nagle bum... uderzamy czołowo w drzewo, quad się przewraca a my razem z nim. Jest wgnieciony zderzak, rozbite lusterko, dużo siniaków i otarć ale nic poważnego. Nie wiem co się stało, ona za bardzo też nie...

By zwiedzić Efate, wypożyczamy quada; Vanuatu

Kava spełnia swoją rolę i nas relaksuje; Port Vila, Efate, Vanuatu
By odreagować to zdarzenie wieczorem udajemy się do jednego z wielu kava bars, gdzie serwują bardzo popularny napój na Pacyfiku o nazwie kava. Jest on robiony z korzenia pieprzu metystynowego i ma silne działanie uspokajające – pomaga w depresji i łatwo się po nim usypia. Wygląda jak woda zmieszana z błotem i tak też smakuje. Po wypiciu czuję jak drętwieje mi język a potem cała buzia. Nogi zaczynają się robić trochę jakby z waty. Napój spełnia swoje zadanie.


Po intensywnym tygodniu na Vanuatu, czas ruszyć dalej, na Fidżi.


W drodze do Nadi podczas lądowania; Fiji






niedziela, 19 maja 2013

Australia – podsumowanie

Po ponad miesięcznym pobycie w Australii, czas na jej króciutkie podsumowanie. 

7 Mile Beach, Australia
Australia nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia, zbyt podobna jest do naszej zachodniej kultury, zbyt ucywilizowana, takie połączenie Stanów Zjednoczonych z Wielką Brytanią.
Na pewno głównym czynnikiem, dla którego warto się wybrać to dzika przyroda i duża liczba zwierząt, które można sobie zobaczyć na wolności. I wszelaka możliwość uprawiania sportów outdoorowych.
Dużą zaletą jest też różnorodność, środek jest zupełnie inny od wybrzeża, północ inna od południa – gdy w Melbourne zaczyna się jesień/zima, na północy w Cairns jest akurat sezon.
O Australijczykach nie mogę za wiele powiedzieć, nie miałam szansy za bardzo ich bliżej poznać. Natomiast jest tu cały przekrój turystów: i Azjaci, i Amerykanie / Kanadyjczycy, i Europejczycy i ci z Ameryki Południowej – co z mojego doświadczenia podróżniczego jest ewenementem. Bardzo spodobało mi się jak różnorodnie ludzie tu podróżują i jak wiele możliwości w tym zakresie Australia oferuje. Spokojnie można utknąć tu na dłużej, trzeba tylko za bardzo nie planować i dać ponieść się losowi. Ja na pewno do Australii kiedyś wrócę, jeszcze wiele rzeczy jest tu do zobaczenia.

Największe wrażenie: Kangaroo Island, Uluru / Kata Tjuta, okolice rzeki Tully
Największe rozczarowanie: Gold Coast
Liczba poznanych Australijczyków: 1
Najgorszy narodowy przysmak: Vegemite
Najlepsze potrawy: warzywa, owoce, barbeque
Narodowy strój: japonki
Liczba przejechanych kangurów: na szczęście 0
Liczba ugryzień komarów na północy: na samej prawej dłoni doliczyłam się 20 (a byłam wysmarowana DEET od stóp do głów). Na szczęście jak do tej pory dengi ni widu ni słychu.

Zmiany planów: 1
Liczba zrobionych km: estymuje ok 13.000
Liczba lotów: 4
Zmiany stref czasowych: 4

Ogólna ocena (w skali 1 - 10): 7

Kangaroo Island, Australia



czwartek, 16 maja 2013

Za zwrotnikiem koziorożca

Dni w podróży: 38

Na północ od zwrotnika koziorożca, w spokojnych wodach morza koralowego, znajduje się archipelag wysp Whitsunday (Niedzieli Palmowej). Te 74 wyspy, mniejsze i większe, wyglądające jak czubki gór, stanowią idealne miejsce na żeglowanie. 
Nasza łódka Summertime; Whitsunday Islands, Australia
Zmęczone już trochę jazdą samochodem, nie możemy się doczekać by wreszcie zamienić kierownicę na żagiel i spędzić trochę czasu w wodzie i na wodzie.

Iwona, która rezerwowała nam tę wycieczkę, dobrze wybrała. Łódka jest w stylu starodawnym, z charakterem, z 1920 roku, oczywiście odnowiona. Wpada nam w oko od pierwszego wejrzenia. Jej nazwa to Summertime, moje przekleństwo przez cały rejs bo non stop chodzi mi po głowie piosenka Lany Del Rey 'Summertime Sadness' mimo że oprócz słowa summertime zupełnie nie pasuje do sytuacji...

Przed wejściem na pokład kapitan karze nam zdjąć buty, nie zobaczymy ich przez następne trzy dni. Potem jest szybki briefing na temat bezpieczeństwa i procedur, krótkie zapoznanie się z załogą i w drogę. Dostajemy z dziewczynami trzyosobową kajutę, bardzo małą ale dajemy radę jeśli tylko nie przebywamy w niej naraz we trzy. Jej dość wietrznie - łódką buja na lewo i prawo i trudno się poruszać więc tylko siedzimy na pokładzie i zapoznajemy się z naszymi współtowarzyszami. Wszyscy raczej młodzi, różne narodowości jednak jest zdecydowana przewaga dziewczyn 3:9. Nie dziwi mnie to jednak, już się przyzwyczaiłam, że dziewczyny-turystki stanowią tutaj znaczną większość. 

Whitsunday Islands, Australia

Rejs jest BYO czyli 'Bring your own (alcohol)' (przynieś swój własny alkohol). To bardzo popularna w Australii 'metoda' picia. Wiele restauracji i barów dopuszcza przynoszenie swojego własnego alkoholu, jednak trzeba zapłacić korkowe. Tutaj korkowego nie ma bo łódka nie posiada licencji na sprzedaż a że przez trzy dni praktycznie będziemy z dala od cywilizacji, jak sobie nie przyniesiesz nic do picia to nie będziesz miał. No i my właśnie nic sobie nie przyniosłyśmy, trochę z braku czasu, trochę przekonane, że na pewno będzie można kupić na pokładzie. Na szczęście pewna Brytyjka ma trochę wina na zbyciu i się z nami dzieli.

Niesamowita plaża Whithaven; Whitsunay Islands, Australia


My w piankach; Whitsunday Islands, Australia
Pierwszy dzień to największa atrakcja Whitsunday Islands czyli plaża Whitehaven. Uznana za jedną z najpiękniejszych na świecie, ciągnie się na długości 7km i stanowi magiczny obrazek: biały, drobny piasek tworzy spiralne formy wśród turkusowej i błękitnej wody. Niestety wciąż jest sezon na meduzy więc dostajemy pianki do kąpania. Średnio nam się to podoba, chciałoby się wskoczyć do wody w samym kostiumie ale wizja bycia oparzoną jednak nas przekonuje i je zakładamy.

Następnego dnia budzi nas dźwięk podnoszonej kotwicy. Czy się chce czy nie chce nie da się spać więc idziemy na górę obejrzeć wschód słońca. Z postoju wypływamy jeszcze przed śniadaniem. Płyniemy sobie, wieje wiatr, każdy jeszcze ledwo na oczy patrzy, słońce sobie powoli wstaje, z głośników leci 'Sunrise' Norah Jones, koło łódki płyną sobie dwa delfiny - jest idealnie! 

O wschodzie słońca już płyniemy; Whitsunday Islands, Australia

Potem śniadanie i idziemy nurkować. W końcu to już Wielka Rafa Koralowa. To moje trzecie w życiu nurkowanie (po Tajlandii i Gran Canarii) więc już trochę jestem obeznana. Kasia zrobiła kurs w Warszawie przed wyjazdem (jeszcze bez certyfikatu) ale nurkuje poza basenem po raz pierwszy. Iwona jest zupełnie zielona w tym temacie ale widzę po, że złapała bakcyla. Resztę dnia wypełnia nam snurklowanie. Świat podwodny jest taki kolorowy i magiczny, aż trudno uwierzyć patrząc na ocean, że gdzieś tam w tej głębinie toczy się takie różnorodne i atrakcyjnie wizualnie życie.

Nurkuję; Wielka Rafa Koralowa, Australia

Ostatniego dnia w programie są kajaki. Widzimy żółwie wodne i płaszczki i nawet na lądzie... kozę. W dawnych czasach marynarze pozostawiali zwierzęta domowe na różnych wyspach, by ci którzy się rozbiją i trafią na taką wyspę, mieli pożywienie w postaci mięsa. 

Z kajaków widzimy grupy płaszczek; Whitsunday Islands, Australia


Trzy dni na wodzie robią swoje więc w Cairns, na dalekiej północy Australii, gdzie dojeżdżamy po 2 dniach, zmieniamy nasze plany. Zamiast kolejnego, ale tym razem dwudniowego rejsu z nurkowaniem na Wielką Rafę Koralową, zapisujemy się na jednodniowy. W ten sposób zwalnia nam się dzień. Spragnione większych wrażeń decydujemy się na rafting na oddalonej o 2 godziny jazdy autobusem rzece Tully. Ponieważ to najbardziej mokre miejsce w Australii, nurt rzeczny ma 4 stopień czyli największy na jakim można spływać komercyjnie. W grupie na rafcie trafiają nam się, jak już można się spodziewać, same dziewczyny: dwie Szwedki i Amerykanka – łącznie 6 osób plus dwóch przewodników – młodych Australijczyków – jeden się szkoli na tej rzece a drugi go nadzoruje (kobiety-przewodniczki się trafiają ale rzadko, jest to bardzo fizycznie wymagająca praca i dziewczyny siłę muszą nadrobić umiejętnościami).

Zdjęć z raftingu nie ma więc będzie zachód słońca; Australia
Spływ jest pełen emocji, adrenaliny i wrażeń. Siedzę na samym początku pontonu, gdzie jest moim zdaniem najbardziej ekscytująco. Dwa razy prawie wypadam i raz gubie wiosło. Spływ kończy skok z 6 metrowego klifu (Iwona rezygnuje ale my z Kasią jesteśmy jak najbardziej chętne). Zabawa przednia!!

Droga powrotna szybko mi mija bo siedzę z naszym przewodnikiem i sobie miło gawędzimy przez całe dwie godziny. Jest to pierwszy Australijczyk jakiego tu poznałam a jestem tu od miesiąca! Cóż, lepiej późno niż wcale. Kiedy mu to mówię, nie może uwierzyć, ale tak jest. Hostele wypełnione są ludźmi z Europy a poznać Australijczyka na ulicy nie jest łatwo, mimo że to naród bardzo towarzyski i otwarty.



Muchy, muchy, muchy; Ayers Rock, Australia
Czas opuścić wybrzeże i udać się do czerwonego środka Australii (Red Center). Rozdzielam się z dziewczynami, które zdecydowały się w tym czasie odwiedzić Melbourne i wsiadam do samolotu. Przy lądowaniu widzę, że krajobraz tu jest pustynny i płaski, z gdzie nie gdzie wystającą ni z tego ni z owego duża skałą i soczyście czerwoną ziemią. Temperatury przekraczają 30 stopni, w powietrzu lata masa much – moje przekleństwo przez najbliższe 3 dni. Dowiaduję się, że to już końcówka sezonu muchowego tutaj, za miesiąc już ich nie będzie. Nawet nie chcę myśleć co się tu dzieje w sezonie muchowym... Na szczęście są aktywne tylko w ciągu dnia - w nocy będzie spokój.


Alice Springs, gdzie wysiadam z samolotu, to miasto-ikona australijskiego outbacku. Jest oddzielone od lotniska masywem MacDonnell, niewielkimi wzniesieniami skąd można podziwiać wschody i zachody słońca. W mieście kręci się dużo Aborygenów, smutny to widok bo mieszkają oni na ulicach lub w parku i często widać ich zataczających się.

 
W drodze z Alice Springs do Ayers Rock; Australia

Nasz bus ze swagami na dachu przyczepki; Alice Springs / Ayers Rock, Australia

Następnego dnia rano ruszam na 3-dniową wycieczkę w stronę Ayers Rock (Uluru). Po drodze witamy do kanionu Kings, który jest podobno większy niż ten w USA. Robimy 3-godzinny spacer dookoła a by zabić czas, ćwiczę z moją francuską współtowarzyszką - Juliette mój francuski. Szybko się zaprzyjaźniamy, mimo że różnica wieku to 10 lat. Ona jest w Australii od prawie 8 miesięcy na tzw. 'working holidays' czyli pracujących wakacjach: trochę pracujesz, potem trochę zwiedzasz, znów pracujesz, znów zwiedzasz. Była już au pair (opiekunką do dzieci) w Melbourne przez 10 tygodni a teraz jej następną destynacją jest Cairns, gdzie planuje znaleźć sobie pracę za wikt i opierunek. Do Francji wraca na początku wakacji jeśli tylko uda jej się znaleźć zatrudnienie bo kończą jej się pieniądze.


Kings Canion, Australia

Kings Canion, Australia

Noc spędzamy pod gołym niebem, przy ognisku, niebo usłane jest gwiazdami, które od czasu do czasu spadają. Śpimy w tzw. swagach. To bardzo popularne w Australii przenośne spanie. Wygląda to jak duży worek, zrobiony z nieprzemakalnego materiały, do którego włożony jest materac. By było ciepło, do środka wkłada się dodatkowo śpiwór, zasuwa i śpiwór i swaga i jest bardzo przytulnie i ciepło. Swagi łatwo się składają, tworząc rulon, są lekkie i łatwe w transporcie. 

Następnego dnia pobudka jeszcze przed świtem i ruszamy dalej. Najpierw trzygodzinny spacer po Kata Tjuta, co oznacza 'wiele głów' i akuratnie pasuje do miejsca bo skały tutaj są zaokrąglone. To moje ulubione miejsce. 

Na pieszej wycieczce w Kata Tjuta (The Olgas), Australia

W Kata Tjuta kolory wspaniale się mieszają; Australia

Na końcu największa atrakcja czyli Uluru (Ayers Rock). Ta ogromna skała o wysokości ponad 300m, jako jedno z niewielu miejsc na świecie została dwukrotnie wpisana na listę UNESCO: raz za naturalne piękno a potem za znaczenie kulturowe. To święte miejsce Aborygenów i mimo że jest możliwość wspięcia się na samą górę, rezygnujemy. Jeszcze kilka lat temu ponad 90% turystów wchodziła, teraz liczba ta spadła do ok 20% - ludzie stają się coraz bardziej świadomi i szanujący inne zwyczaje. Rząd Australii rozważa by całkowicie zakazać wspinaczki ale Aborygeni wola zostawić wejście otwarte i pozwolić turystom okazać szacunek poprzez samowolne zdecydowanie by na Uluru nie wchodzić.
W związku z powyższym my Ayers Rock tylko obchodzimy dookoła i podziwiamy zarówno o zachodzie jak i o wschodzie słońca.

Z Juliette podczas lunchu,w tle Uluru; Ayers Rock, Australia

Uluru (Ayers Rock) - święta skała Aborygenów, podczas zachodu słońca zmienia kolor z minuty na minutę; Australia

Następnego dnia wracam już na wybrzeże, do Cairns. Podczas startu samolotu, mogę podziwiać Uluru z góry – pocieszenie, jako że strasznie chciałam przelecieć się helikopterem nad tą skałą ale mój lęk wysokości nie pozwolił mi na to.

Na markecie w Cairns wpadam w końcu na Adama; Australia
W Cairns czeka mnie nieplanowana niespodzianka. Na tutejszym Night Markecie (nocnym markecie) natykam się niespodziewanie na... Adama, mojego dobrego kolegę ze studiów. Padamy sobie w ramiona, w końcu ostatni raz widzieliśmy się ponad miesiąc temu tuż przed moim wyjazdem, na mojej imprezie pożegnalnej. Chwilę gadamy bo i on i ja jesteśmy ze znajomymi. Spotkalibyśmy się jeszcze raz ale ja następnego dnia lecę do Sydney. Więc tylko wymieniamy szybko wrażenia i się żegnamy.

Znów mam szczęście bo lądujący samolot przelatuje tuż nad centrum Sydney i mogę z góry podziwiać Opera House i sławny w tle most. Taka sama niespodzianka spotyka mnie przy starcie do Vanuatu, tym razem jednak podziwiam miasto nocą – widok zapiera dech w piersiach. 

Centrum Sydney ze sławną Opera House; Australia







sobota, 4 maja 2013

Kamperwanem na północ

Dni w podróży: 26.

Z dziewczynami wypożyczamy kamperwana na kolejne 6 dni. Kamperwan wygląda jak duży ślimak, jest na 4 osoby. Mamy lodówkę, kuchenkę, zlew, czajnik, garnki i patelnię – możemy robić same jedzonko. Hurra!! Ja zajmuję łóżko na górze – jedyne, które na długość mi odpowiada, a Kasia i Iwo śpią razem na dole. Ogromną zaletą takiego kamperwana jest to, ze jak się dojeżdża wreszcie po całym dniu na kemping i jest się zmęczonym, nie trzeba rozkładać namiotu!

Nasz kamperwan jak ślimak; Australia

Pierwsza za kółko wsiadam ja, jako jedyna która ma doświadczenie w jeździe po lewej stronie i z kierownica po prawej. Jak mieszkałam w Szkocji, czasem wypożyczałam samochód na weekendowe wycieczki plus 5 lat temu przejechałam cala Nowa Zelandię w ruchu lewostronnym. Na szczęście to automat czyli odpada martwienie się o biegi.
Potem wsiada Kasia. Początkowo czujnym okiem patrze czy nie wjeżdża pod prąd, czy w dobra stronę skręca na rondzie, czy jedzie w miarę prosto po pasie, ale widząc, ze świetnie daje sobie rade, po kilku minutach odpuszczam. Czasem jeszcze włącza wycieraczki zamiast kierunkowskazu (bo to jest zamienione miejscami) ale poza tym bez problemu się przestawia na ruch lewostronny.

Z Kasią degustujemy wino; Hunter Valley, Australia

Pierwszy nocleg spędzamy na kempingu w Blue Mountains (Góry Błękitne). Mimo, ze w dzień było ciepło, noc jest tu strasznie zimna. Zakładam na siebie wszystko co wzięłam, włącznie z czapka i rękawiczkami ale wciąż się trzęsę i nie mogę za bardzo spać w nocy. Mam nadzieje, ze jak już podjedziemy trochę na północ to noce zrobią się cieplejsze...

Kolejnym przystankiem jest Hunter Valley, dolina słynąca z winnic i produkowanego tu wina. Wybieramy dwie mniejsze, rodzinne winnice, by zasmakować tutejszych wyrobów i może coś kupić do kolacji. W każdej właściciel opowiada nam trochę o ich produktach, rodzajach i daje nam po 5 małych porcji wina, i białego i czerwonego, by spróbować. Iwona nie pije wiec staje się automatycznie kierowca dzisiejszego dnia. Jest 11 rano a my z Kasia kończymy degustacje trochę wstawione! Kupujemy dwie butelki wina: jedno białe, drugie czerwone ale pite na zimno, i kończymy wycieczkę po winnicach.

Na drugim kempingu w nocy jest trochę cieplej ale wciąż dla mnie zimno wiec tylko pozbywam się czapki. Zanim jednak pójdziemy spać wybieramy się na spacer na plaże by pooglądać gwiazdy, napić się piwa i pogadać. Jest prawie pełnia wiec widoczność dość dobra. Na plaży pali się kilka ognisk, to tutejsza młodzież. Mamy ochotę się przyłączyć (ja chyba nigdy nie spędziłam wieczoru na plaży przy ognisku) ale jednak czujemy się trochę za stare.

Kukabura, kolejny kangur, kolejna papuga i dingo; Australia

Potem jest Byron Bay. Wesołe, imprezowe miasteczko, do którego zjeżdżają tłumy backpackersow, surferów spragnionych wysokich fal i tych, którzy chcą sobie podszkolić język angielski. Łatwo tu stracić poczucie czasu. Weekend zamienia się w tydzień, tydzień w miesiąc i zanim się obejrzysz jesteś tu znacznie dłużej niż na początku zakładałeś. Miasto tętni życiem, jest dużo restauracji, barów i kawiarni, ludzie siedzą w parkach i na plaży i ogólnie panuje atmosfera relaksu, błogości wakacyjnego szaleństwa.
Obok tutejszej latarni morskiej, znajduje się najdalej na wschód wysunięty punkt Australii. Spotykamy przy nim kangura i oczywiście robimy zdjęcia.


Latarnia morska i najbardziej wysunięty na wschód punkt Australii; Byron Bay, Australia


Brisbane zwiedzamy na rowerach. Moja noga po bieganiu w Melbourne jeszcze nie doszła do siebie, jest nadal spuchnięta i jak dużo chodzę to boli. Więc postanawiam dalej ją oszczędzać i stąd pomysł o rowerach. Dostajemy trochę starodawne rowery w interesujących kolorach: żarówiastym zielonym i takim samym czerwonym. Całość dopełniają kaski, które tutaj są obowiązkowe. Brisbane nie jest szczególnie piękne ale ma dużo ścieżek rowerowych, w tym jedną biegnącą na całej długości rzeki. Jest piękna pogoda, humory nam dopisują, trochę porządnego ruchu nam się na pewno przyda.

Rowerem zwiedzamy Brisbane; Australia


Z Hervey Bay ruszamy na dwudniową wycieczkę po Fraser Island. Jest to największa na świecie wyspa piaskowa. I mimo że podłoże, jak nazwa wskazuje, to piach, to na wyspie jest bogata roślinność. Drogi też są piaszczyste i jedynym sposobem poruszania się po wyspie jest jazda samochodem z napędem na cztery koła. Na wschodniej stronie wyspy znajduje się 75 milowa plaża (75-miles Beach), ciągnąca się przez całą długość wyspy od jej południowego krańca do północnego. Służy za tutejszą autostradę, są nawet poustawiane ograniczenia prędkości i zdarzają się kontrole policji. Oprócz wielu samochodów przemykających po niej i niewielu plażowiczów, na plaży można spotkać lądujące samoloty (bo to również lotnisko) i dingo. To dzikie psy zamieszkujące Australię i Nową Gwineę. Jest zakaz ich karmienia (grozi za to sroga kara). Z jednego z klifów udaje nam się zobaczyć rekina!

Na Fraser Island: wrak statku Maheno, tęczowe klify i gdzieś tam w tej głębinie pływa rekin; Australia

Nasza wycieczka to typowa masówka, nie jesteśmy pod jej wielkim wrażeniem. Za bardzo z nikim się nie zaprzyjaźniamy, choć w naszej grupie są kolejni Szwajcarzy. Jest też pewna Belgijka, młoda dziewczyna podróżująca po Australii stopem. Ma ze sobą cały swój bagaż i jesteśmy naprawdę pod wrażeniem, bo wozi ze sobą... hula hop. No cóż, ja wzięłam buty do biegania, co wywołało niemałe zdziwienie u niektórych, a ona hula hop. W końcu w podróży też trzeba dbać o linię.

Na Fraser Island autostradę stanowi plaża; Australia

Fraser Island; Australia
Potem ruszamy dalej na północ. Gdzieś tak w połowie drogi do Airlie Beach, naszego kolejnego większego postoju, zatrzymuje nas policja. Pan nas wypytuje skąd jesteśmy i karzą kierowcy – Iwonie - dmuchać w balonik. Iwona nigdy tego nie robiła a ja nigdy nie byłam tego świadkiem więc kiedy Iwona dmucha, ja zaczynam się śmiać. Nie mogę się powstrzymać. Pan policjant dziwnie się na mnie patrzy, pewnie myśli że se wypiłam.
Parę kilometrów dalej widzimy wypadek. Samochód uderzył w krowę stojącą na drodze. Auto skasowane, krowa ledwo żywa ale nikomu nic się nie stało. Miałyśmy szczęście bo to wydarzyło się tylko parę minut przed nami.

Przy drogach nie ma reklam więc można spokojnie podziwiać krajobraz za oknem, czasem zdarza się szyld McDonalda ale to bardzo rzadko. Za to często są znaki sugerujące postój. I quiz o Queensland by zwalczyć nudę. Najpierw stoi pytanie a za kilkaset metrów odpowiedz!

Już prawie miesiąc jestem w podróży. Strasznie szybko to leci. I jeszcze nie mam dość. Choć wkrada się powtarzalność dnia i Australia nie jest aż taka różna od Europy, to nadal czerpię dużą przyjemność z mojej drogi. Jednak mam nadzieję, że na Pacyfiku będzie trochę większy szok kulturowy.



Jezioro McKenzie i nasze cienie; Fraser Island, Australia





środa, 24 kwietnia 2013

Samotnie w drodze

Dni w podróży: 17, strefa czasowa: +8h.

Pierwsze dwa tygodnie podróżuję sama. Jest to nowe dla mnie doświadczenie, którego obawiałam się przed wyruszeniem. Jednak od wszystkich, którzy kiedyś podróżowali sami słyszałam, ze to świetne przeżycie, ze koniecznie choć w raz w życiu trzeba spróbować. Wiec próbuje. Na razie 2 tygodnie ale w środku i na końcu mojej trasy będę miała kolejne, dłuższe, samotne etapy.
Przed wyjazdem chciałam trochę poznać jak to jest być samemu w drodze wiec w Szwajcarii zrobiłam parę weekendowych wypadów w pojedynkę. Nie było źle ale 2 dni a 2 tygodnie to duża różnica.


Każde miejsce dobre by pisać; Federation square, Melbourne, Australia


Wiec jak to jest? Niesamowicie, sama siebie nie poznaje. Po pierwsze zagaduje każdego, jak popadnie, czy to starsza osoba czy młodsza, chłopak czy dziewczyna, pani w sklepie czy ktoś spotkany w pralni, od razy zaczynam rozmowę. I to nie jakąś krotka wymiana zdań, ale konwersacje trwające po kilka minut. Gadam o wszystkim i o niczym i w ogóle nie przejmuje się, co sobie myślą – w końcu nigdy więcej ich nie zobaczę. Na pewno pomaga tez, ze ludzie tu są bardzo otwarci i gadatliwi.
Po drugie na moich wycieczkach bardzo szybko się zaprzyjaźniam z ludźmi, szybko przekraczam te granice miedzy zwykłą znajomością a przyjaźnią. Po ok. 30 minutowej rozmowie z pewna Szwajcarka, zaczynam dzielić się z nią moimi prywatnymi sprawami a ona swoimi. Wymieniamy doświadczenia, doradzamy sobie, wspieramy się. Jakbyśmy się znały od lat. Nie ma czasu by powoli rozwinąć przyjaźń, trzeba wiec szybko przejść do konkretów.
Od razu tez widać, kto jest w samotnej podróży już od dawna. Takiej osobie zupełnie nie przeszkadza swoje własne towarzystwo, dobrze jest jej samej ze sobą, jest w 100% sobą, nie musi nikomu nic udowadniać ani grac kogoś innego.
Ludzie tez chętniej zagadują samotne osoby, dzielą się doświadczeniami z podróży, proponują rzeczy. Dużo można się dowiedzieć np co jest warte zobaczenia, z kim wykupić wycieczkę, jak się gdzieś dostać, razem wziąć taksówkę na dworzec by podzielić koszty. Jak tyle osób w kolo, to po co być samemu?



Melbourne, Australia


W Adelaidzie wsiadam na pociąg do Melbourne, podróż trwa ok. 11 godzin ale mija mi szybko. Po drodze mijamy Bordertown, miasteczko, w którym zmieniam stan ale tez strefę czasowa. Tym razem różnica w czasie jest tylko 30 min wiec nie powinnam mieć problemów z przestawieniem się.

Melbourne jest gwarne, tłoczne i ruchliwe. Na kolacje wybieram się nad rzekę, gdzie mnóstwo osób spaceruje, biega, jeździ na rowerze a restauracje są głośne od rozmów. Zamawiam cheeseburgera ze szwajcarskim! serem, bardzo tutaj popularnego. Ponieważ mam dość dzielenia pokoju z obcymi osobami, na czas pobytu w Melbourne wynajmuje pokój w hotelu. Wychodzi drogo ale mam kilka dni by chwile odsapnąć, porządnie się wyspać i zrobić spokojnie pranie.

Drugiego dnia po przyjeździe mam chwile, wiec postanawiam pobiegać (tak, tak, wzięłam ze sobą buty do biegania mimo wielu zdziwionych twarzy, gdy o tym wspominałam). Po tak długiej przerwie w bieganiu (cala zima) jestem z siebie dumna bo udaje mi się biec przez godzinę i zrobić prawie 9 km. Niestety, moje stopy nie są już takie szczęśliwe. Następnego dnia puchną i mam problemy z chodzeniem. Chyba je przeciążyłam.


Wilsons Promotory, Australia


Na pierwsza pozamiastową eskapadę wybieram się do Wilsons Promotory – jednego z najstarszych na ziemi parków narodowych, i miejsca najbardziej wysuniętego na południe w Australii. Znajdują się tu odludne plaże, wspaniała dzika przyroda i niezliczone szlaki piesze. Moja grupy liczy tylko 6 osób, w tym dwójka w moim wieku: Karin ze Szwajcarii (z Zurychu) i Craig z UK. Od razu łapiemy wspólny język i się zaprzyjaźniamy. Wspólnie narzekamy na hostele, ze dużo w nich głośnych i imprezowych nastolatków, którzy nic innego nie robią tylko pija, pala i śpią. Craig ma pecha, dzieli pokój z takimi trzema Francuzami, którzy na dodatek nie mówią po angielsku wiec nawet nie da się z nimi pogadać. 


Z Karin w drodze na Squeaky Beach, Z Craigiem nad woda jemy lunch; Wilsons Prom, Australia


Z Karin dużo gadamy o Szwajcarii i umawiamy się na wspólny hike w Alpach, jak już obie wrócimy do domu. Ona jest w drodze od 6 miesięcy i wraca do Europy na początku lata. Widać na jej twarzy lekkie już znudzenie podróżą, zresztą sama przyznaje, ze trochę już ma dość, ze kolejne miasto to po prostu kolejne miasto i czas wracać. Craig w Australii odwiedza brata i pracuje. Jest tu od 8 miesięcy jednak dopiero na naszej wyprawie widzi po raz pierwszy kangura!!


Na Squeaky Beach piasek piszczy pod nogami; Wilsons Prom, Australia


Idziemy na Squeaky Beach czyli na Piszczącą Plażę. To miejsce swoją nazwę zawdzięcza temu, ze jak się idzie to piasek piszczy pod nogami. Bawimy się jak dzieci, próbując wydobyć z piasku jak najgłośniejszy pisk. Piasek jest biały, pogoda nam dopisuje, zanurzam stopy w wodzie – jest dość zimna. Dzis raczej nie mam ochoty na kąpiel. Prosty lunch, składający sie z kanapek i jabłka, jemy tuz przy wodzie, na kamieniach.


Do kolekcji zwierząt widzianych w Oz, dołącza emu; Wilsons Prom, Australia


Druga eskapada to słynna Great Ocean Road - droga wijąca się wzdłuż wybrzeża, licząca ok. 250 km. Mimo, ze jest to 'must see' i wszyscy się nią zachwycają, nie robi na mnie większego wrażenia, chyba za dużo już w życiu widziałam podobnych dróg. Poza tym, jako duża atrakcja turystyczna, przyciąga tłumy wszelkiej maści ludzi a ja raczej nie bardzo odnajduje się w takich miejscach. No ale trzeba odhaczyć na liście wiec jadę. 


Great Ocean Road, Australia

Tym razem trafia mi się liczna grupa, typowi turyści, przewodnik nie robi na mnie wrażenia, zachowuje się jakby typowy gbur. Ale czeka mnie kolejna niespodzianka bo w mojej grupie są... dwie Szwajcarki! Tym razem z Berna. Myślę sobie, ze tylu Szwajcarów to ja nie poznałam przez 5 lat mieszkania w Szwajcarii. 

Na samym końcu Great Ocean Road znajduje się największa atrakcja – 12 apostołów. Są to wyrzeźbione przez wodę skały. Niestety zostało ich już tylko 7 bo aktywność wody jest tu dość mocna. To jedyne miejsce warte tu zobaczenia. 


12 apostołów oraz London Bridge na Great Ocean Road, Australia


Na mój ostatni wieczór w Melbourne umawiam się z Karin na oglądanie pingwinów w dzielnicy St Kilda. Jak można się było spodziewać, na molo, skąd można oglądać pingwiny, przyszło dużo ludzi. Jest nawet ekipa telewizyjna, robiąca o nich reportaż. Gadamy chwile z prezenterem i czekamy. W końcu, tuz po zachodzie słońca, udaje nam się zobaczyć jednego, który niestety szybko ucieka, przestraszony piskami rozentuzjazmowanych Chińczyków.

Kolacje jemy we włoskiej restauracji, znajdującej sie na jednej z popularnych 'lane' czyli wąskiej uliczce, usianej małymi restauracyjkami i kawiarniami. Zegnam się z Karin ale to jeszcze nie koniec naszej wspólnej australijskiej przygody. Okazuje się, ze z Melbourne ona tez rusza na północ i prawdopodobnie za kilka dni znów się spotkamy gdzieś w okolicach Brisbane.

Następnego dnia łapie samolot do Sydney. Tam na lotnisku spotykam się z Kasia. Iwona dołącza do nas w hotelu bo jej samolot ląduje 2 godziny po naszym. Od teraz będziemy przez następne 3,5 tygodnia podróżować we trojkę.

Juz nie sama a we trzy: ja, Kasia i Iwo; gdzieś w Australii