niedziela, 19 maja 2013

Australia – podsumowanie

Po ponad miesięcznym pobycie w Australii, czas na jej króciutkie podsumowanie. 

7 Mile Beach, Australia
Australia nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia, zbyt podobna jest do naszej zachodniej kultury, zbyt ucywilizowana, takie połączenie Stanów Zjednoczonych z Wielką Brytanią.
Na pewno głównym czynnikiem, dla którego warto się wybrać to dzika przyroda i duża liczba zwierząt, które można sobie zobaczyć na wolności. I wszelaka możliwość uprawiania sportów outdoorowych.
Dużą zaletą jest też różnorodność, środek jest zupełnie inny od wybrzeża, północ inna od południa – gdy w Melbourne zaczyna się jesień/zima, na północy w Cairns jest akurat sezon.
O Australijczykach nie mogę za wiele powiedzieć, nie miałam szansy za bardzo ich bliżej poznać. Natomiast jest tu cały przekrój turystów: i Azjaci, i Amerykanie / Kanadyjczycy, i Europejczycy i ci z Ameryki Południowej – co z mojego doświadczenia podróżniczego jest ewenementem. Bardzo spodobało mi się jak różnorodnie ludzie tu podróżują i jak wiele możliwości w tym zakresie Australia oferuje. Spokojnie można utknąć tu na dłużej, trzeba tylko za bardzo nie planować i dać ponieść się losowi. Ja na pewno do Australii kiedyś wrócę, jeszcze wiele rzeczy jest tu do zobaczenia.

Największe wrażenie: Kangaroo Island, Uluru / Kata Tjuta, okolice rzeki Tully
Największe rozczarowanie: Gold Coast
Liczba poznanych Australijczyków: 1
Najgorszy narodowy przysmak: Vegemite
Najlepsze potrawy: warzywa, owoce, barbeque
Narodowy strój: japonki
Liczba przejechanych kangurów: na szczęście 0
Liczba ugryzień komarów na północy: na samej prawej dłoni doliczyłam się 20 (a byłam wysmarowana DEET od stóp do głów). Na szczęście jak do tej pory dengi ni widu ni słychu.

Zmiany planów: 1
Liczba zrobionych km: estymuje ok 13.000
Liczba lotów: 4
Zmiany stref czasowych: 4

Ogólna ocena (w skali 1 - 10): 7

Kangaroo Island, Australia



czwartek, 16 maja 2013

Za zwrotnikiem koziorożca

Dni w podróży: 38

Na północ od zwrotnika koziorożca, w spokojnych wodach morza koralowego, znajduje się archipelag wysp Whitsunday (Niedzieli Palmowej). Te 74 wyspy, mniejsze i większe, wyglądające jak czubki gór, stanowią idealne miejsce na żeglowanie. 
Nasza łódka Summertime; Whitsunday Islands, Australia
Zmęczone już trochę jazdą samochodem, nie możemy się doczekać by wreszcie zamienić kierownicę na żagiel i spędzić trochę czasu w wodzie i na wodzie.

Iwona, która rezerwowała nam tę wycieczkę, dobrze wybrała. Łódka jest w stylu starodawnym, z charakterem, z 1920 roku, oczywiście odnowiona. Wpada nam w oko od pierwszego wejrzenia. Jej nazwa to Summertime, moje przekleństwo przez cały rejs bo non stop chodzi mi po głowie piosenka Lany Del Rey 'Summertime Sadness' mimo że oprócz słowa summertime zupełnie nie pasuje do sytuacji...

Przed wejściem na pokład kapitan karze nam zdjąć buty, nie zobaczymy ich przez następne trzy dni. Potem jest szybki briefing na temat bezpieczeństwa i procedur, krótkie zapoznanie się z załogą i w drogę. Dostajemy z dziewczynami trzyosobową kajutę, bardzo małą ale dajemy radę jeśli tylko nie przebywamy w niej naraz we trzy. Jej dość wietrznie - łódką buja na lewo i prawo i trudno się poruszać więc tylko siedzimy na pokładzie i zapoznajemy się z naszymi współtowarzyszami. Wszyscy raczej młodzi, różne narodowości jednak jest zdecydowana przewaga dziewczyn 3:9. Nie dziwi mnie to jednak, już się przyzwyczaiłam, że dziewczyny-turystki stanowią tutaj znaczną większość. 

Whitsunday Islands, Australia

Rejs jest BYO czyli 'Bring your own (alcohol)' (przynieś swój własny alkohol). To bardzo popularna w Australii 'metoda' picia. Wiele restauracji i barów dopuszcza przynoszenie swojego własnego alkoholu, jednak trzeba zapłacić korkowe. Tutaj korkowego nie ma bo łódka nie posiada licencji na sprzedaż a że przez trzy dni praktycznie będziemy z dala od cywilizacji, jak sobie nie przyniesiesz nic do picia to nie będziesz miał. No i my właśnie nic sobie nie przyniosłyśmy, trochę z braku czasu, trochę przekonane, że na pewno będzie można kupić na pokładzie. Na szczęście pewna Brytyjka ma trochę wina na zbyciu i się z nami dzieli.

Niesamowita plaża Whithaven; Whitsunay Islands, Australia


My w piankach; Whitsunday Islands, Australia
Pierwszy dzień to największa atrakcja Whitsunday Islands czyli plaża Whitehaven. Uznana za jedną z najpiękniejszych na świecie, ciągnie się na długości 7km i stanowi magiczny obrazek: biały, drobny piasek tworzy spiralne formy wśród turkusowej i błękitnej wody. Niestety wciąż jest sezon na meduzy więc dostajemy pianki do kąpania. Średnio nam się to podoba, chciałoby się wskoczyć do wody w samym kostiumie ale wizja bycia oparzoną jednak nas przekonuje i je zakładamy.

Następnego dnia budzi nas dźwięk podnoszonej kotwicy. Czy się chce czy nie chce nie da się spać więc idziemy na górę obejrzeć wschód słońca. Z postoju wypływamy jeszcze przed śniadaniem. Płyniemy sobie, wieje wiatr, każdy jeszcze ledwo na oczy patrzy, słońce sobie powoli wstaje, z głośników leci 'Sunrise' Norah Jones, koło łódki płyną sobie dwa delfiny - jest idealnie! 

O wschodzie słońca już płyniemy; Whitsunday Islands, Australia

Potem śniadanie i idziemy nurkować. W końcu to już Wielka Rafa Koralowa. To moje trzecie w życiu nurkowanie (po Tajlandii i Gran Canarii) więc już trochę jestem obeznana. Kasia zrobiła kurs w Warszawie przed wyjazdem (jeszcze bez certyfikatu) ale nurkuje poza basenem po raz pierwszy. Iwona jest zupełnie zielona w tym temacie ale widzę po, że złapała bakcyla. Resztę dnia wypełnia nam snurklowanie. Świat podwodny jest taki kolorowy i magiczny, aż trudno uwierzyć patrząc na ocean, że gdzieś tam w tej głębinie toczy się takie różnorodne i atrakcyjnie wizualnie życie.

Nurkuję; Wielka Rafa Koralowa, Australia

Ostatniego dnia w programie są kajaki. Widzimy żółwie wodne i płaszczki i nawet na lądzie... kozę. W dawnych czasach marynarze pozostawiali zwierzęta domowe na różnych wyspach, by ci którzy się rozbiją i trafią na taką wyspę, mieli pożywienie w postaci mięsa. 

Z kajaków widzimy grupy płaszczek; Whitsunday Islands, Australia


Trzy dni na wodzie robią swoje więc w Cairns, na dalekiej północy Australii, gdzie dojeżdżamy po 2 dniach, zmieniamy nasze plany. Zamiast kolejnego, ale tym razem dwudniowego rejsu z nurkowaniem na Wielką Rafę Koralową, zapisujemy się na jednodniowy. W ten sposób zwalnia nam się dzień. Spragnione większych wrażeń decydujemy się na rafting na oddalonej o 2 godziny jazdy autobusem rzece Tully. Ponieważ to najbardziej mokre miejsce w Australii, nurt rzeczny ma 4 stopień czyli największy na jakim można spływać komercyjnie. W grupie na rafcie trafiają nam się, jak już można się spodziewać, same dziewczyny: dwie Szwedki i Amerykanka – łącznie 6 osób plus dwóch przewodników – młodych Australijczyków – jeden się szkoli na tej rzece a drugi go nadzoruje (kobiety-przewodniczki się trafiają ale rzadko, jest to bardzo fizycznie wymagająca praca i dziewczyny siłę muszą nadrobić umiejętnościami).

Zdjęć z raftingu nie ma więc będzie zachód słońca; Australia
Spływ jest pełen emocji, adrenaliny i wrażeń. Siedzę na samym początku pontonu, gdzie jest moim zdaniem najbardziej ekscytująco. Dwa razy prawie wypadam i raz gubie wiosło. Spływ kończy skok z 6 metrowego klifu (Iwona rezygnuje ale my z Kasią jesteśmy jak najbardziej chętne). Zabawa przednia!!

Droga powrotna szybko mi mija bo siedzę z naszym przewodnikiem i sobie miło gawędzimy przez całe dwie godziny. Jest to pierwszy Australijczyk jakiego tu poznałam a jestem tu od miesiąca! Cóż, lepiej późno niż wcale. Kiedy mu to mówię, nie może uwierzyć, ale tak jest. Hostele wypełnione są ludźmi z Europy a poznać Australijczyka na ulicy nie jest łatwo, mimo że to naród bardzo towarzyski i otwarty.



Muchy, muchy, muchy; Ayers Rock, Australia
Czas opuścić wybrzeże i udać się do czerwonego środka Australii (Red Center). Rozdzielam się z dziewczynami, które zdecydowały się w tym czasie odwiedzić Melbourne i wsiadam do samolotu. Przy lądowaniu widzę, że krajobraz tu jest pustynny i płaski, z gdzie nie gdzie wystającą ni z tego ni z owego duża skałą i soczyście czerwoną ziemią. Temperatury przekraczają 30 stopni, w powietrzu lata masa much – moje przekleństwo przez najbliższe 3 dni. Dowiaduję się, że to już końcówka sezonu muchowego tutaj, za miesiąc już ich nie będzie. Nawet nie chcę myśleć co się tu dzieje w sezonie muchowym... Na szczęście są aktywne tylko w ciągu dnia - w nocy będzie spokój.


Alice Springs, gdzie wysiadam z samolotu, to miasto-ikona australijskiego outbacku. Jest oddzielone od lotniska masywem MacDonnell, niewielkimi wzniesieniami skąd można podziwiać wschody i zachody słońca. W mieście kręci się dużo Aborygenów, smutny to widok bo mieszkają oni na ulicach lub w parku i często widać ich zataczających się.

 
W drodze z Alice Springs do Ayers Rock; Australia

Nasz bus ze swagami na dachu przyczepki; Alice Springs / Ayers Rock, Australia

Następnego dnia rano ruszam na 3-dniową wycieczkę w stronę Ayers Rock (Uluru). Po drodze witamy do kanionu Kings, który jest podobno większy niż ten w USA. Robimy 3-godzinny spacer dookoła a by zabić czas, ćwiczę z moją francuską współtowarzyszką - Juliette mój francuski. Szybko się zaprzyjaźniamy, mimo że różnica wieku to 10 lat. Ona jest w Australii od prawie 8 miesięcy na tzw. 'working holidays' czyli pracujących wakacjach: trochę pracujesz, potem trochę zwiedzasz, znów pracujesz, znów zwiedzasz. Była już au pair (opiekunką do dzieci) w Melbourne przez 10 tygodni a teraz jej następną destynacją jest Cairns, gdzie planuje znaleźć sobie pracę za wikt i opierunek. Do Francji wraca na początku wakacji jeśli tylko uda jej się znaleźć zatrudnienie bo kończą jej się pieniądze.


Kings Canion, Australia

Kings Canion, Australia

Noc spędzamy pod gołym niebem, przy ognisku, niebo usłane jest gwiazdami, które od czasu do czasu spadają. Śpimy w tzw. swagach. To bardzo popularne w Australii przenośne spanie. Wygląda to jak duży worek, zrobiony z nieprzemakalnego materiały, do którego włożony jest materac. By było ciepło, do środka wkłada się dodatkowo śpiwór, zasuwa i śpiwór i swaga i jest bardzo przytulnie i ciepło. Swagi łatwo się składają, tworząc rulon, są lekkie i łatwe w transporcie. 

Następnego dnia pobudka jeszcze przed świtem i ruszamy dalej. Najpierw trzygodzinny spacer po Kata Tjuta, co oznacza 'wiele głów' i akuratnie pasuje do miejsca bo skały tutaj są zaokrąglone. To moje ulubione miejsce. 

Na pieszej wycieczce w Kata Tjuta (The Olgas), Australia

W Kata Tjuta kolory wspaniale się mieszają; Australia

Na końcu największa atrakcja czyli Uluru (Ayers Rock). Ta ogromna skała o wysokości ponad 300m, jako jedno z niewielu miejsc na świecie została dwukrotnie wpisana na listę UNESCO: raz za naturalne piękno a potem za znaczenie kulturowe. To święte miejsce Aborygenów i mimo że jest możliwość wspięcia się na samą górę, rezygnujemy. Jeszcze kilka lat temu ponad 90% turystów wchodziła, teraz liczba ta spadła do ok 20% - ludzie stają się coraz bardziej świadomi i szanujący inne zwyczaje. Rząd Australii rozważa by całkowicie zakazać wspinaczki ale Aborygeni wola zostawić wejście otwarte i pozwolić turystom okazać szacunek poprzez samowolne zdecydowanie by na Uluru nie wchodzić.
W związku z powyższym my Ayers Rock tylko obchodzimy dookoła i podziwiamy zarówno o zachodzie jak i o wschodzie słońca.

Z Juliette podczas lunchu,w tle Uluru; Ayers Rock, Australia

Uluru (Ayers Rock) - święta skała Aborygenów, podczas zachodu słońca zmienia kolor z minuty na minutę; Australia

Następnego dnia wracam już na wybrzeże, do Cairns. Podczas startu samolotu, mogę podziwiać Uluru z góry – pocieszenie, jako że strasznie chciałam przelecieć się helikopterem nad tą skałą ale mój lęk wysokości nie pozwolił mi na to.

Na markecie w Cairns wpadam w końcu na Adama; Australia
W Cairns czeka mnie nieplanowana niespodzianka. Na tutejszym Night Markecie (nocnym markecie) natykam się niespodziewanie na... Adama, mojego dobrego kolegę ze studiów. Padamy sobie w ramiona, w końcu ostatni raz widzieliśmy się ponad miesiąc temu tuż przed moim wyjazdem, na mojej imprezie pożegnalnej. Chwilę gadamy bo i on i ja jesteśmy ze znajomymi. Spotkalibyśmy się jeszcze raz ale ja następnego dnia lecę do Sydney. Więc tylko wymieniamy szybko wrażenia i się żegnamy.

Znów mam szczęście bo lądujący samolot przelatuje tuż nad centrum Sydney i mogę z góry podziwiać Opera House i sławny w tle most. Taka sama niespodzianka spotyka mnie przy starcie do Vanuatu, tym razem jednak podziwiam miasto nocą – widok zapiera dech w piersiach. 

Centrum Sydney ze sławną Opera House; Australia







sobota, 4 maja 2013

Kamperwanem na północ

Dni w podróży: 26.

Z dziewczynami wypożyczamy kamperwana na kolejne 6 dni. Kamperwan wygląda jak duży ślimak, jest na 4 osoby. Mamy lodówkę, kuchenkę, zlew, czajnik, garnki i patelnię – możemy robić same jedzonko. Hurra!! Ja zajmuję łóżko na górze – jedyne, które na długość mi odpowiada, a Kasia i Iwo śpią razem na dole. Ogromną zaletą takiego kamperwana jest to, ze jak się dojeżdża wreszcie po całym dniu na kemping i jest się zmęczonym, nie trzeba rozkładać namiotu!

Nasz kamperwan jak ślimak; Australia

Pierwsza za kółko wsiadam ja, jako jedyna która ma doświadczenie w jeździe po lewej stronie i z kierownica po prawej. Jak mieszkałam w Szkocji, czasem wypożyczałam samochód na weekendowe wycieczki plus 5 lat temu przejechałam cala Nowa Zelandię w ruchu lewostronnym. Na szczęście to automat czyli odpada martwienie się o biegi.
Potem wsiada Kasia. Początkowo czujnym okiem patrze czy nie wjeżdża pod prąd, czy w dobra stronę skręca na rondzie, czy jedzie w miarę prosto po pasie, ale widząc, ze świetnie daje sobie rade, po kilku minutach odpuszczam. Czasem jeszcze włącza wycieraczki zamiast kierunkowskazu (bo to jest zamienione miejscami) ale poza tym bez problemu się przestawia na ruch lewostronny.

Z Kasią degustujemy wino; Hunter Valley, Australia

Pierwszy nocleg spędzamy na kempingu w Blue Mountains (Góry Błękitne). Mimo, ze w dzień było ciepło, noc jest tu strasznie zimna. Zakładam na siebie wszystko co wzięłam, włącznie z czapka i rękawiczkami ale wciąż się trzęsę i nie mogę za bardzo spać w nocy. Mam nadzieje, ze jak już podjedziemy trochę na północ to noce zrobią się cieplejsze...

Kolejnym przystankiem jest Hunter Valley, dolina słynąca z winnic i produkowanego tu wina. Wybieramy dwie mniejsze, rodzinne winnice, by zasmakować tutejszych wyrobów i może coś kupić do kolacji. W każdej właściciel opowiada nam trochę o ich produktach, rodzajach i daje nam po 5 małych porcji wina, i białego i czerwonego, by spróbować. Iwona nie pije wiec staje się automatycznie kierowca dzisiejszego dnia. Jest 11 rano a my z Kasia kończymy degustacje trochę wstawione! Kupujemy dwie butelki wina: jedno białe, drugie czerwone ale pite na zimno, i kończymy wycieczkę po winnicach.

Na drugim kempingu w nocy jest trochę cieplej ale wciąż dla mnie zimno wiec tylko pozbywam się czapki. Zanim jednak pójdziemy spać wybieramy się na spacer na plaże by pooglądać gwiazdy, napić się piwa i pogadać. Jest prawie pełnia wiec widoczność dość dobra. Na plaży pali się kilka ognisk, to tutejsza młodzież. Mamy ochotę się przyłączyć (ja chyba nigdy nie spędziłam wieczoru na plaży przy ognisku) ale jednak czujemy się trochę za stare.

Kukabura, kolejny kangur, kolejna papuga i dingo; Australia

Potem jest Byron Bay. Wesołe, imprezowe miasteczko, do którego zjeżdżają tłumy backpackersow, surferów spragnionych wysokich fal i tych, którzy chcą sobie podszkolić język angielski. Łatwo tu stracić poczucie czasu. Weekend zamienia się w tydzień, tydzień w miesiąc i zanim się obejrzysz jesteś tu znacznie dłużej niż na początku zakładałeś. Miasto tętni życiem, jest dużo restauracji, barów i kawiarni, ludzie siedzą w parkach i na plaży i ogólnie panuje atmosfera relaksu, błogości wakacyjnego szaleństwa.
Obok tutejszej latarni morskiej, znajduje się najdalej na wschód wysunięty punkt Australii. Spotykamy przy nim kangura i oczywiście robimy zdjęcia.


Latarnia morska i najbardziej wysunięty na wschód punkt Australii; Byron Bay, Australia


Brisbane zwiedzamy na rowerach. Moja noga po bieganiu w Melbourne jeszcze nie doszła do siebie, jest nadal spuchnięta i jak dużo chodzę to boli. Więc postanawiam dalej ją oszczędzać i stąd pomysł o rowerach. Dostajemy trochę starodawne rowery w interesujących kolorach: żarówiastym zielonym i takim samym czerwonym. Całość dopełniają kaski, które tutaj są obowiązkowe. Brisbane nie jest szczególnie piękne ale ma dużo ścieżek rowerowych, w tym jedną biegnącą na całej długości rzeki. Jest piękna pogoda, humory nam dopisują, trochę porządnego ruchu nam się na pewno przyda.

Rowerem zwiedzamy Brisbane; Australia


Z Hervey Bay ruszamy na dwudniową wycieczkę po Fraser Island. Jest to największa na świecie wyspa piaskowa. I mimo że podłoże, jak nazwa wskazuje, to piach, to na wyspie jest bogata roślinność. Drogi też są piaszczyste i jedynym sposobem poruszania się po wyspie jest jazda samochodem z napędem na cztery koła. Na wschodniej stronie wyspy znajduje się 75 milowa plaża (75-miles Beach), ciągnąca się przez całą długość wyspy od jej południowego krańca do północnego. Służy za tutejszą autostradę, są nawet poustawiane ograniczenia prędkości i zdarzają się kontrole policji. Oprócz wielu samochodów przemykających po niej i niewielu plażowiczów, na plaży można spotkać lądujące samoloty (bo to również lotnisko) i dingo. To dzikie psy zamieszkujące Australię i Nową Gwineę. Jest zakaz ich karmienia (grozi za to sroga kara). Z jednego z klifów udaje nam się zobaczyć rekina!

Na Fraser Island: wrak statku Maheno, tęczowe klify i gdzieś tam w tej głębinie pływa rekin; Australia

Nasza wycieczka to typowa masówka, nie jesteśmy pod jej wielkim wrażeniem. Za bardzo z nikim się nie zaprzyjaźniamy, choć w naszej grupie są kolejni Szwajcarzy. Jest też pewna Belgijka, młoda dziewczyna podróżująca po Australii stopem. Ma ze sobą cały swój bagaż i jesteśmy naprawdę pod wrażeniem, bo wozi ze sobą... hula hop. No cóż, ja wzięłam buty do biegania, co wywołało niemałe zdziwienie u niektórych, a ona hula hop. W końcu w podróży też trzeba dbać o linię.

Na Fraser Island autostradę stanowi plaża; Australia

Fraser Island; Australia
Potem ruszamy dalej na północ. Gdzieś tak w połowie drogi do Airlie Beach, naszego kolejnego większego postoju, zatrzymuje nas policja. Pan nas wypytuje skąd jesteśmy i karzą kierowcy – Iwonie - dmuchać w balonik. Iwona nigdy tego nie robiła a ja nigdy nie byłam tego świadkiem więc kiedy Iwona dmucha, ja zaczynam się śmiać. Nie mogę się powstrzymać. Pan policjant dziwnie się na mnie patrzy, pewnie myśli że se wypiłam.
Parę kilometrów dalej widzimy wypadek. Samochód uderzył w krowę stojącą na drodze. Auto skasowane, krowa ledwo żywa ale nikomu nic się nie stało. Miałyśmy szczęście bo to wydarzyło się tylko parę minut przed nami.

Przy drogach nie ma reklam więc można spokojnie podziwiać krajobraz za oknem, czasem zdarza się szyld McDonalda ale to bardzo rzadko. Za to często są znaki sugerujące postój. I quiz o Queensland by zwalczyć nudę. Najpierw stoi pytanie a za kilkaset metrów odpowiedz!

Już prawie miesiąc jestem w podróży. Strasznie szybko to leci. I jeszcze nie mam dość. Choć wkrada się powtarzalność dnia i Australia nie jest aż taka różna od Europy, to nadal czerpię dużą przyjemność z mojej drogi. Jednak mam nadzieję, że na Pacyfiku będzie trochę większy szok kulturowy.



Jezioro McKenzie i nasze cienie; Fraser Island, Australia





środa, 24 kwietnia 2013

Samotnie w drodze

Dni w podróży: 17, strefa czasowa: +8h.

Pierwsze dwa tygodnie podróżuję sama. Jest to nowe dla mnie doświadczenie, którego obawiałam się przed wyruszeniem. Jednak od wszystkich, którzy kiedyś podróżowali sami słyszałam, ze to świetne przeżycie, ze koniecznie choć w raz w życiu trzeba spróbować. Wiec próbuje. Na razie 2 tygodnie ale w środku i na końcu mojej trasy będę miała kolejne, dłuższe, samotne etapy.
Przed wyjazdem chciałam trochę poznać jak to jest być samemu w drodze wiec w Szwajcarii zrobiłam parę weekendowych wypadów w pojedynkę. Nie było źle ale 2 dni a 2 tygodnie to duża różnica.


Każde miejsce dobre by pisać; Federation square, Melbourne, Australia


Wiec jak to jest? Niesamowicie, sama siebie nie poznaje. Po pierwsze zagaduje każdego, jak popadnie, czy to starsza osoba czy młodsza, chłopak czy dziewczyna, pani w sklepie czy ktoś spotkany w pralni, od razy zaczynam rozmowę. I to nie jakąś krotka wymiana zdań, ale konwersacje trwające po kilka minut. Gadam o wszystkim i o niczym i w ogóle nie przejmuje się, co sobie myślą – w końcu nigdy więcej ich nie zobaczę. Na pewno pomaga tez, ze ludzie tu są bardzo otwarci i gadatliwi.
Po drugie na moich wycieczkach bardzo szybko się zaprzyjaźniam z ludźmi, szybko przekraczam te granice miedzy zwykłą znajomością a przyjaźnią. Po ok. 30 minutowej rozmowie z pewna Szwajcarka, zaczynam dzielić się z nią moimi prywatnymi sprawami a ona swoimi. Wymieniamy doświadczenia, doradzamy sobie, wspieramy się. Jakbyśmy się znały od lat. Nie ma czasu by powoli rozwinąć przyjaźń, trzeba wiec szybko przejść do konkretów.
Od razu tez widać, kto jest w samotnej podróży już od dawna. Takiej osobie zupełnie nie przeszkadza swoje własne towarzystwo, dobrze jest jej samej ze sobą, jest w 100% sobą, nie musi nikomu nic udowadniać ani grac kogoś innego.
Ludzie tez chętniej zagadują samotne osoby, dzielą się doświadczeniami z podróży, proponują rzeczy. Dużo można się dowiedzieć np co jest warte zobaczenia, z kim wykupić wycieczkę, jak się gdzieś dostać, razem wziąć taksówkę na dworzec by podzielić koszty. Jak tyle osób w kolo, to po co być samemu?



Melbourne, Australia


W Adelaidzie wsiadam na pociąg do Melbourne, podróż trwa ok. 11 godzin ale mija mi szybko. Po drodze mijamy Bordertown, miasteczko, w którym zmieniam stan ale tez strefę czasowa. Tym razem różnica w czasie jest tylko 30 min wiec nie powinnam mieć problemów z przestawieniem się.

Melbourne jest gwarne, tłoczne i ruchliwe. Na kolacje wybieram się nad rzekę, gdzie mnóstwo osób spaceruje, biega, jeździ na rowerze a restauracje są głośne od rozmów. Zamawiam cheeseburgera ze szwajcarskim! serem, bardzo tutaj popularnego. Ponieważ mam dość dzielenia pokoju z obcymi osobami, na czas pobytu w Melbourne wynajmuje pokój w hotelu. Wychodzi drogo ale mam kilka dni by chwile odsapnąć, porządnie się wyspać i zrobić spokojnie pranie.

Drugiego dnia po przyjeździe mam chwile, wiec postanawiam pobiegać (tak, tak, wzięłam ze sobą buty do biegania mimo wielu zdziwionych twarzy, gdy o tym wspominałam). Po tak długiej przerwie w bieganiu (cala zima) jestem z siebie dumna bo udaje mi się biec przez godzinę i zrobić prawie 9 km. Niestety, moje stopy nie są już takie szczęśliwe. Następnego dnia puchną i mam problemy z chodzeniem. Chyba je przeciążyłam.


Wilsons Promotory, Australia


Na pierwsza pozamiastową eskapadę wybieram się do Wilsons Promotory – jednego z najstarszych na ziemi parków narodowych, i miejsca najbardziej wysuniętego na południe w Australii. Znajdują się tu odludne plaże, wspaniała dzika przyroda i niezliczone szlaki piesze. Moja grupy liczy tylko 6 osób, w tym dwójka w moim wieku: Karin ze Szwajcarii (z Zurychu) i Craig z UK. Od razu łapiemy wspólny język i się zaprzyjaźniamy. Wspólnie narzekamy na hostele, ze dużo w nich głośnych i imprezowych nastolatków, którzy nic innego nie robią tylko pija, pala i śpią. Craig ma pecha, dzieli pokój z takimi trzema Francuzami, którzy na dodatek nie mówią po angielsku wiec nawet nie da się z nimi pogadać. 


Z Karin w drodze na Squeaky Beach, Z Craigiem nad woda jemy lunch; Wilsons Prom, Australia


Z Karin dużo gadamy o Szwajcarii i umawiamy się na wspólny hike w Alpach, jak już obie wrócimy do domu. Ona jest w drodze od 6 miesięcy i wraca do Europy na początku lata. Widać na jej twarzy lekkie już znudzenie podróżą, zresztą sama przyznaje, ze trochę już ma dość, ze kolejne miasto to po prostu kolejne miasto i czas wracać. Craig w Australii odwiedza brata i pracuje. Jest tu od 8 miesięcy jednak dopiero na naszej wyprawie widzi po raz pierwszy kangura!!


Na Squeaky Beach piasek piszczy pod nogami; Wilsons Prom, Australia


Idziemy na Squeaky Beach czyli na Piszczącą Plażę. To miejsce swoją nazwę zawdzięcza temu, ze jak się idzie to piasek piszczy pod nogami. Bawimy się jak dzieci, próbując wydobyć z piasku jak najgłośniejszy pisk. Piasek jest biały, pogoda nam dopisuje, zanurzam stopy w wodzie – jest dość zimna. Dzis raczej nie mam ochoty na kąpiel. Prosty lunch, składający sie z kanapek i jabłka, jemy tuz przy wodzie, na kamieniach.


Do kolekcji zwierząt widzianych w Oz, dołącza emu; Wilsons Prom, Australia


Druga eskapada to słynna Great Ocean Road - droga wijąca się wzdłuż wybrzeża, licząca ok. 250 km. Mimo, ze jest to 'must see' i wszyscy się nią zachwycają, nie robi na mnie większego wrażenia, chyba za dużo już w życiu widziałam podobnych dróg. Poza tym, jako duża atrakcja turystyczna, przyciąga tłumy wszelkiej maści ludzi a ja raczej nie bardzo odnajduje się w takich miejscach. No ale trzeba odhaczyć na liście wiec jadę. 


Great Ocean Road, Australia

Tym razem trafia mi się liczna grupa, typowi turyści, przewodnik nie robi na mnie wrażenia, zachowuje się jakby typowy gbur. Ale czeka mnie kolejna niespodzianka bo w mojej grupie są... dwie Szwajcarki! Tym razem z Berna. Myślę sobie, ze tylu Szwajcarów to ja nie poznałam przez 5 lat mieszkania w Szwajcarii. 

Na samym końcu Great Ocean Road znajduje się największa atrakcja – 12 apostołów. Są to wyrzeźbione przez wodę skały. Niestety zostało ich już tylko 7 bo aktywność wody jest tu dość mocna. To jedyne miejsce warte tu zobaczenia. 


12 apostołów oraz London Bridge na Great Ocean Road, Australia


Na mój ostatni wieczór w Melbourne umawiam się z Karin na oglądanie pingwinów w dzielnicy St Kilda. Jak można się było spodziewać, na molo, skąd można oglądać pingwiny, przyszło dużo ludzi. Jest nawet ekipa telewizyjna, robiąca o nich reportaż. Gadamy chwile z prezenterem i czekamy. W końcu, tuz po zachodzie słońca, udaje nam się zobaczyć jednego, który niestety szybko ucieka, przestraszony piskami rozentuzjazmowanych Chińczyków.

Kolacje jemy we włoskiej restauracji, znajdującej sie na jednej z popularnych 'lane' czyli wąskiej uliczce, usianej małymi restauracyjkami i kawiarniami. Zegnam się z Karin ale to jeszcze nie koniec naszej wspólnej australijskiej przygody. Okazuje się, ze z Melbourne ona tez rusza na północ i prawdopodobnie za kilka dni znów się spotkamy gdzieś w okolicach Brisbane.

Następnego dnia łapie samolot do Sydney. Tam na lotnisku spotykam się z Kasia. Iwona dołącza do nas w hotelu bo jej samolot ląduje 2 godziny po naszym. Od teraz będziemy przez następne 3,5 tygodnia podróżować we trojkę.

Juz nie sama a we trzy: ja, Kasia i Iwo; gdzieś w Australii


sobota, 20 kwietnia 2013

Start: 8 kwietnia 2013


W dniu wyjazdu w domu, gotowa do drogi.
Ci, którzy znają mnie dość dobrze i już długo wiedzą, że o podróży dookoła świata bablałam od prawie początku studiów. Przez 10 lat pozostawało to marzeniem, wciąż odkładanym z różnych powodów. Najpierw zbierałam kasę, jak już uzbierałam to moja kolejną wymówką był brak towarzysza. Wtedy nie byłam gotowa by ruszyć sama. Następnie zaczęłam pracę w Merck Serono i tak bardzo mi się tam spodobało, że z planowanego początkowego roku, zrobiły się 4 lata. I zostałabym tam kolejne 10, gdyby nie pewnego pięknego kwietniowego dnia 2012 roku mój CEO nie ogłosił, że zamykają biuro w Genewie. Wtedy pomyślałam sobie: teraz albo nigdy, czas ruszyć i spełnić marzenie.

Zaczął się cały proces planowania, decydowania o trasie, co wziąć, co kupić, na co się zaszczepić. Do podróży dołączały kolejne osoby. I tak oto kolejnego pięknego kwietniowego dnia, dokładnie 8 kwietnia 2013 roku, prawie rok po wielkiej decyzji mojej firmy, wysiadłam z taksówki z plecakiem na lotnisku Chopina, zaopatrzona w bilet dookoła świata i gotowa do drogi. Powrotny lot mam wstępnie zarezerwowany na koniec września, pomyslałam sobie, że dobrze by było urodziny spędzić w domu. Daje to łącznie ok. 6 miesięcy podróżowania, jednak czas pokaże, na ilu miesiącach moja podróż się skończy.

Moją pierwszą destynacją był Hong Kong. Podróż samolotem minęła mi bardzo szybko, jak zwykle zamiast spać nadrabiałam zaległości filmowe, szczególnie te filmy, na które szkoda mi było kasy by iść do kina (takie jak Saga Twilight). Po wylądowaniu i odebraniu bagażu, zaczęłam się rozglądać za wyjściem. Chodzę, patrzę, tu bramka dla HK permanent residents, tam dla HK local helpers, dalej dla frequent visitors, jeszcze dalej dla dyplomatow i VIP. Ok, a gdzie jest dla zwykłych turystów?
Po długich poszukiwaniach, wreszcie znalazłam. Pan celnik bez żadnych pytań wbił mi wizę do paszportu na 3 miesiące, mimo ze ja tylko na 3 dni przyjechałam, przesunęłam zegarek o 6 godzin do przodu i voila!

Hong Kong


Wyszedłszy z lotniska na autobus, od razu poczułam znajomy i jakże dobrze kojarzony zapach – zapach Azji. I choć pogoda nie bardzo sprzyjała - było pochmurno i trochę mgliście - HK zrobił na mnie niesamowite wrażenie.
Pierwsze, co zrobiłam po dotarciu do hostelu, to wypytałam się, gdzie można coś dobrego i lokalnego zjeść. Pani skierowała mnie do noodle place tuz za rogiem. Mały lokalik, z wystawionymi za ladą różnymi makaronami i dodatkami od razu mi sie spodobał. W środku sami autochtoni, menu po mandaryńsku wiec pokazałam palcem co chce, nie będąc do końca pewna co zamawiam. I tak jak sie spodziewałam, było to niebo w gębie, świeże, smaczne i zdrowe.

Moj pierwszy posiłek w HK, w lokalnym Noodle place.

Rzuciło mi się w oczy, ze tutejsi ludzie są bardzo pogodni i pomocni a ich angielski na wysokim poziomie. Podchodzą, zagadują, pytają się czy w czymś nie pomóc.
I te dwie rzeczy właśnie najbardziej kocham w Azji i to właśnie sprawia, ze jest to mój ulubiony kontynent: jedzenie i ludzie.

Hong Kong, Nan Lian Garden i Chi Lin Nunnery

Zauważam również, ze dużo tu białych. Ale nie turystów, tylko tych w krawatach i garsonkach, wracających z pracy bądź spotkań biznesowych. Jest to jedno z tych miejsc, gdzie doskonale widać jak wschodnia kultura miesza się z zachodnia.

W lokalu w Hong Kongu zaczynam pisać bloga.
Po Hong Kongu można się poruszać metrem, jest to najszybszy ale najmniej ciekawy sposób. Dużo lepszą opcją są autobusy double deck (dwupiętrowe, jak w UK) oraz double deck tramwaje! Takich jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam i choć poruszają się w tempie żółwia i są dość stare, to chętnie z nich korzystam.
Mają również kolej linowa (jak na Gubałówkę), zawożącą ludzi na Vicoria Peak, 398m n.p.m., z którego można podziwiać całą panoramę wieżowców wyspy Hong Kong, oraz tych znajdujących się po drugiej stronie zatoki, na Kowloon. Jest to idealne miejsce, by zrobić piękne, pamiątkowe zdjęcie, bo widok zapiera dech w piersiach.

Adelaida, w południowej Australii, przywitała mnie 32-stopniowym upałem. I mimo, ze już jesień i na drzewach liście w kolorach żółci i brązu, to upal sprawia, ze wciąż czuje się lato. 

Południowa Australia to najsuchszy stan, a biorąc pod uwagę, ze Australia to najsuchszy kontynent, znalazłam się w najsuchszym miejscu na ziemi... Podobno nie padało tu porządnie od około 4 miesięcy i zamiast zielonych pól i wzgórz, dookoła widzę wypalone słońcem trawy. 

Australia to olbrzymi kontynent, jest trochę większa od Europy a mieszka tu tylko 20 milionów ludzi – polowa tego co w Polsce. Można jechać i jechać i żadnego gospodarstwa przez mile nie widzieć. Dzika przyroda to główny atut tego kraju i Australijczycy bardzo dbają o to, by jej nie zniszczyć. Znajduje się tu tez ok. 2000 plaż i jedne z wyższych fal na świecie – jest to wiec raj dla surferów, jeśli tylko nie boją się rekinów. Jest to kolejna strefa czasowa dla mnie wiec przesuwam zegarek o 1.5 godziny, co daje łącznie różnicę w czasie z Polska równą 7.5h.

W drodze na plażę z Adelaidy do Geelong, Australia.
Spragniona słońca i ciepła, szybko wskakuje w krótkie spodenki i krótki rękawek i ruszam na tutejszy market. Raju, jakie owoce, jakie warzywa, jakie mięso, jakie ryby i owoce morza... Wszystko można tu kupić! Wszystko świeże, pięknie wygląda, sprzedają na sztuki, nic nie jest pakowane. Nic dziwnego, ze mój kolega, który mieszkał w Australii 7 lat, piał z zachwytu na temat żywności. Zakochałam się od pierwszego prawie wejrzenia!

Skuszam się na domowej roboty sławny tutaj jogurt ze świeżymi owocami leśnymi i idę wypożyczyć darmowy rower, by ruszyć na plażę. Ścieżka rowerowa wije się wzdłuż rzeki, raz w gore, raz w dol i choć na mapie wygląda to na krotki odcinek, na miejsce dojeżdżam dość zmęczona i głodna. Zamawiam fish and chips (ryba z frytkami) i zaczynam przyglądać się ludziom i delektować morzem i plaza. W drodze powrotnej się gubię, szlak rowerowy jest źle oznaczony a wszystko komplikują roboty drogowe i objazdy. Ale wiem, ze muszę kierować się na północ czyli tam gdzie jest słońce (w końcu jestem na półkuli południowej a tu wszystko jest na odwrót!).


Na promie w strone Kangaroo Island, Australia.

Na pozostałe dwa dni wykupuje wycieczkę na Kangaroo Island (wyspa kangurów) bo chce wreszcie zobaczyć jakieś tutejsze zwierzęta. Wyspa ta ma trochę ponad 4 tys mieszkańców, ludzie zajmują się głównie turystyka i rolnictwem i jest tu tylko dwójka policjantów. W drodze na prom, udaje mi się już zobaczyć pierwszego kangura, skaczącego przy drodze.


W drodze, Kangaroo Island, Australia

Po zejściu z promu, melduje się u mojego przewodnika Gregory'ego, który jest już na wyspie od 6 lat i uwielbia to miejsce. Mieszka w domu tuz przy plaży ze swoimi 3 psami i generalnie to bardzo kolorowa postać, posiadająca ogromna wiedzę o tej wyspie, jej mieszkańcach, zwierzętach, ale tez o Australii. Grupa jest niewielka, tylko 10 osób i wszyscy młodzi. Większość samotnie podróżująca jak ja. Super, może wreszcie kogoś poznam!

Pennington Bay, Kangaroo Island, Australia

Zaczynamy od przedstawienia się, by się lepiej poznać. Wiec mowie: "jestem Magda, jestem z Polski, przyjechałam do Australii wczoraj, jestem w trakcie 6-miesiecznej podróży dookoła świata". Wszyscy zaczynają wiwatować, klaskać i krzyczeć 'uuuuuu'. Potem Gregory się mnie pyta, kiedy zaczęłam moja podróż, a ja - ze tydzień temu. Dostaje kolejny wiwat od grupy.
Kolej na resztę i okazuje się, ze wszyscy to Niemcy!! Ale grupa bardzo dobrze zorganizowana, wszystko idzie sprawnie, szybko łapiemy świetny kontakt, nie czuje sie wyizolowana jako jedyna nie-niemka, jestem naprawdę pod dużym wrażeniem.

Remarkable Rocks, Kangaroo Island, Australia

Najpierw jedziemy na lokalna farmę, dowiedzieć się o uprawie owiec merynosowych oraz zobaczyć, jak się je strzyże. Jest to popularna odmiana, ceniona głównie za runo, z merino wool jest np wytwarzana odzież sportowa i outdoorowa (ja mam dwie koszulki do biegania i są to najlepsze jakie kiedykolwiek miałam).
Potem Gregory skręca w boczna drogę i oglądamy kangury. Przy okazji dowiaduje się, ze samice maja ciężkie życie. Przeważnie jest tak, ze samica kangura ma na głowie 3 potomków w jednym czasie. Jest małe kangurzątko, które już wydostało się z torby ale wciąż żywi się mlekiem matki, jest kolejne jeszcze w torbie oraz dodatkowo, kangurzyca jest w ciąży. Co ciekawe, każde z tych dwóch 'urodzonych' kangurów żywi się z oddzielnego sutka, w którym produkowane jest inne mleko (o innym składzie). W ogóle kangury towarzysza nam przez cały nas pobyt na wyspie, często przebiegając nam pod kolami samochodu.

Sandboarding czyli zjezdzanie na desce z wydm. Kangaroo Island, Australia


Wracając do głównej drogi, natykamy się na black tiger snake'a (czarny waz tygrysi). Jest podobno jednym z pięciu najbardziej jadowitych węży świata i jak cie ugryzie, to dostajesz darmowy przelot helikopterem do szpitala. Nikt jednak z grupy nie jest chętny na taka przygodę wiec tylko robimy zdjęcia z autobusu i ruszamy dalej by oglądać foki, odpoczywające na pobliskiej plaży.

Ostatnia atrakcja dnia jest tzw sand boarding czyli zjeżdżanie na desce z wydm. Mamy przy tym wiele zabawy jednak podchodzenie pod gore szybko nas meczy. Noc spędzamy gdzieś w buszu, pokój dziele z 6 dziewczynami, jest cisza i spokój a na bezchmurnym niebie widać gwiazdozbiory południowej półkuli.


Napotkane zwierzęta na Kangaroo Island, Australia

O świcie ruszamy zobaczyć koale. To zwierze większość swojego dnia śpi (20 godzin), ok 3.5h je a pozostałe pół godziny przeznacza na przemieszczanie się. Słowo koala wywodzi się z języka aborygeńskiego i oznacza 'nie pije' – kolae w ogóle nie pija wody, wszystkie fluidy czerpią ze zjadanych liści eukaliptusowych.
W pobliskim parku narodowym udaje nam się zobaczyć jakieś 5 sztuk, w tym jednego bardzo nisko na drzewie i akurat nie śpiącego. Gdy tylko nas widzi od razu zaczyna wspinać się na drzewo ale udaje nam się porobić ładne zdjęcia. Fantastycznie! Natykamy się również na kakadu różową oraz kolczakowatego.

Ja, Melanie i Ricarda przy grilu, szykujemy BBQ. Kangaroo Island, Australia

Na lunch zatrzymujemy się w przydrożnym miejscu, przeznaczonym na piknic. Jest duży grill zaopatrzony w butle wiec zaczynamy szykować bardzo popularne w Australii barbeque, a dokładniej chicken wraps. Kazdy dostaje inne zadanie, ja staje przy grilu z dwiema dziewczynami. W lunchu towarzyszy nam mały wallaby.

Gdzies na Kangaroo Island, Australia